Wyprawa do Iwieńca oddziału wojsk polskich pod dowództwem ks. Michała Kleofasa Ogińskiego w czerwcu 1794 r.

"Pamiętniki Michała Ogińskiego o Polsce i Polakach od roku 1788 - 1815" z j. francuskiego przełożone
Tom I Nakładem Księgarni Jana Konstantego Żupańskiego, Poznań 1870

W kilka dni po powrocie mym do Wilna, udałem się do generała Jasińskiego, aby mu oświadczyć, że jeżeli chce dać mi 200 ludzi kawalerii z dobrym oficerem, na którego bym mógł liczyć, byłbym zdecydowany połączyć z nimi mych strzelców i utworzyć przednią straż armii, która wtenczas była bezczynną, aby się posunąć aż do Mińska. Gdyby mi się udało bez doznania wielkiego oporu dostać się tam dotąd, podjąłbym się wtargnąć na Białą Ruś, aby powołać tamże do powstania jakie 12.000 wieśniaków, którzy się znajdowali w dobrach mojej rodziny, nadając im wolność i wzmocnić się wszelkimi posiłkami, jakie bym tylko mógł spiesznie pościągać. Przypuszczałem, że będzie można bez trudności wywołać poruszenie mieszkańców tej okolicy, którzy objawili pragnienie wzięcia udziału w naszym powstaniu a krok ten powinien był zniewolić wojska moskiewskie do skoncentrowania się nad granicami carstwa i opuszczenia całej Litwy. Generałowi Jasińskiemu podobał się niezmiernie ten projekt, którego korzyści przewidywał, lecz nie ukrywał przede mną niebezpieczeństw podobnej wyprawy, obaw jakie ma co do mnie i co do korpusu powierzonego memu dowództwu.  Zapewniłem go, że będę oszczędzał mych ludzi i moją osobę, o ile będzie tylko można. Ułożono, że się zachowa sekret co do mego projektu i co do kierunku jakim się mam puścić a w kilka dni później opuściłem Wilno z 200 ludźmi kawalerii zostającymi pod dowództwem majora Korsaka i 300 ludźmi mego oddziału strzelców. Przeszliśmy mimo obok głównej kwatery, która się znajdowała w Oszmianie o 7 mil od Wilna i posunąłem się o 3 mile naprzód do boru. W ciągu pierwszych dni nie wiodło mi się koniecznie według życzenia, ponieważ silne oddziały Kozaków nie przestawały nas niepokoić; lecz nie straciłem ani jednego człowieka i owszem zabraliśmy kilku jeńców, których wyprawiłem do głównej kwatery. Dowiedziano się od nich, że byli wyprawieni od korpusu generała Knorringa, który na czele 6,000 ludzi obozował o 6 mil od boru. Z drugiej strony na prawem mym skrzydle, prawie w tejże samej odległości, miałem korpus całkiem również liczny, pod dowództwem generała Cycianowa. Mimo to trwając w mym postanowieniu posunięcia się aż do Mińska, dokąd miałem tylko 10 mil, zawezwałem jenerała Jasińskiego, aby posłał silną awangardę do boru, którym się miałem puścić i ruszyłem w pochód, aby przeszedłszy przez Wiszniew, uderzyć niespodzianie na Wołożyn, gdzie jak powiadano znajdowało się 300 ludzi piechoty moskiewskiej i pół sotni Kozaków.

Opierałem nadzieję powodzenia na bezpieczeństwie, w jakiem tamtejszy garnizon rozumiał się znajdować, który był umieszczony między dwoma korpusami armii po 6,000 ludzi i który nie mógł przypuszczać, że będzie zaatakowany ze strony skąd przybywam, ponieważ silne patrole moskiewskie przebiegały dzień i noc drogi prowadzące do naszej głównej kwatery. Liczyłem także na ciemność nocy i na ostrożność z jaką kazałem wejść mej kawalerii trzema różnymi stronami do miasta, kiedy ja sam zbliżałem się z mymi strzelcami wielkim traktem od Wiszniewa. Wszystkie te ostrożności pokazały się bezużytecznymi, ponieważ zostaliśmy tylko około 40 żołnierzy, którzy się, pokryli w domach wraz z trzema podoficerami i jednym porucznikiem. Z jednej i z drugiej strony padło tylko kilka strzałów; oficer był ciężko ranny, kilku żołnierzy zabito a reszta złożyła broń i została wzięta do niewoli. Może 15 Kozaków, którzy uciekli przy pierwszym ukazaniu się naszej kawalerii, zaalarmowało okolicę i ostrzegło zawczasu Mikołaja Zubowa, który jechał do Wołożyna z wszelkim bezpieczeństwem a który byłby wpadł w nasze ręce, będąc oddalony od Wołożyna tylko pół mili i nie spodziewając się nigdy tamże nas znaleźć. Wrócił z pośpiechem skąd przybył a natychmiast potem wydano rozkazy, aby mnie otoczyć ze wszystkich stron i przeciąć mój odwrót. Ponieważ nie wiedziałem tego wypadku, nie zmieniłem w niczym mego planu i moich postanowień i szedłem dalej. Znaleźliśmy w Wołożynie wiele przedmiotów ze skóry, cyny i żelaza, które zabrano mieszkańcom okolicznym, podobnie jak liczną trzodę i kilka set wołów, które tamże nagromadzono dla armii moskiewskiej. Wyprawiłem natychmiast jeńców i wszystko co wpadło w nasze ręce do głównej kwatery, gdzie Niesiołowski zastępował chwilowo generała Jasińskiego. Kazałem odprowadzić ten transport pod eskortą 20-stu ludzi kawalerii a nie mając chwili do stracenia, ruszyłem po kilku godzinach wypoczynku ku Iwieńcowi,  małej mieścinie oddalonej o 15 mil od Wilna. W małej odległości od Wołożyna napotkałem dwóch kurierów moskiewskich wiozących rozkazy z Petersburga dla armii. Zatrzymałem ich mając przy sobie tylko adiutanta i dwóch młodych oficerów strzelców; jeden z tych kurierów wystrzeliwszy do nas z pistoletu, umknął w krzaki; drugi był wzięty z torbą listową i posłany pod eskortą do głównej kwatery. Ta druga przesyłka przybyła podobnie jak pierwsza bez wypadku na miejsce przeznaczenia; lecz eskorta,  która  jej towarzyszyła, nie mogła już ze mną się połączyć a było to pierwszym znakiem, że nasze komunikacje są przerwane.

Przybywszy do Iwieńca, nie znalazłem już tutaj wojsk moskiewskich, ponieważ oddaliły się pospiesznie na wieść o naszym pochodzie; lecz byłem zadziwiony i zakłopotany równocześnie, widząc mnóstwo amunicji, sukna mundurowego i inne przedmioty do wyekwipowania armii, podobnie jak sprzęty srebrne, miedziane, cynowe i inne rzeczy pozabierane mieszkańcom okolicznym a umieszczone w różnych składach i magazynach. Wahałem się przed powzięciem stanowczej decyzji, czy mam posunąć się dalej rzucając tę zdobycz, która była wartości kilkakroć sto tysięcy złotych polskich, czy też eskortować ją samemu wraz z całym mym oddziałem, trzymając się drogi ubocznej. Porzuciłem me wahanie dowiadując się, że gubernator Mińska Neplujew zgromadził w mieście całe wojsko z okolicy; że się zabarykadował ze wszech stron i że ustawił po za murami miasta wielką liczbę zbrojnych wieśniaków, aby ich wystawić na pierwszy ogień. Wiadomość o tym wystarczała, aby mnie skłonić do połączenia się z główną armią; lecz trudność zależała na tym, aby znaleźć środek do transportowania przedmiotów, mogących się pomieścić zaledwie na 200 wozach chłopskich. Przypadek usunął ją, lecz nie korzystałem długo z korzyści, jaką mi zgotował. Rano przybywając do Iwieńca, nie znalazłem ani koni, ani powózek; lecz ponieważ był to dzień parafialnego święta [a więc zapewne św. Antoniego, 13 czerwca - SJP], więcej niż 20 ekwipażów pierwszych mieszkańców z okolicy z uprzężą 6 lub 4 konną zaczęło wkrótce stawać przed bramami kościoła a kilka set wozów chłopskich napełniło plac rynkowy. Wezwałem właścicieli, aby mnie wydobyli z kłopotu a wszyscy byli dobrowolnie gotowi do dania mi pomocy. Kazali odprzęgać najlepsze konie od powozów, które zaprzężono do 20 powózek moskiewskich było wypełnionych suknem i amunicją; wieśniacy idąc za ich przykładem, dostarczyli tyle koni i powózek, ile nam ich było potrzeba a w przeciągu mniej niż 6 godzin czasu, 170 powózek dobrze naładowanych było gotowych puścić się w pochód pod naszą eskortą. Tego samego wieczora opuściłem Iwieniec obierając inną drogę aniżeli dotychczasową.

Trzeba mi się było obrócić ku Baksztom i przebywać gęste lasy, w których drogi były zawalone wywróconymi drzewami, bądź to przez wiatr, bądź przez przezorność mieszkańców, którzy chcieli popsuć tę drogę dla nieprzyjaciela. Straciłem 8 godzin czasu na torowanie sobie drogi a mimo wielkiego  znużenia jakie marsze równie szybkie jak ciągłe od kilku dni nam sprawiały, cieszyliśmy się, żeśmy uszli baczności nieprzyjaciela, gdy zbliżając się do wsi Sakowszczyzny, o milę od Wołożyna, usłyszeliśmy odgłos bębnów, dźwięk trąb i przeraźliwe okrzyki żołnierzy, którzy rozumieli, że już nas mają w matni. Kazałem przyspieszyć pochód mych bagażów, które przebyły bardzo szczęśliwie most na Berezynie. Pozostawałem w tyle z oddziałem kawalerii, aby uważać poruszenia nieprzyjaciela a przebywszy również przez most, kazałem oficerowi, którego zostawiłem z kilku ochotnikami, takowy spalić. Należało przypuszczać, że Moskale nie mogąc przebyć tej błotnistej rzeki w bród, stracą wiele czasu na torowaniu sobie drogi i że nie będą mogli tak prędko za nami postępować. Postępowałem więc dalej przygnieciony znużeniem, lecz w nadziei, że połączę się z wszelkim bezpieczeństwem z główną kwaterą, o której sądziłem, że nie znajduje się dalej jak 4 do 5 mil. Nie wiedziałem dokładnie,  gdzie się znajduje, ponieważ kilku kurierów, których tamże wyprawiłem z kilku mymi raportami i wiadomościami o kierunku marszu, którym się puściłem, nie mogło wrócić, ani przywieźć mi też jakich bądź wskazówek.

Dopiero przybywszy do Wiszniewa, dowiedziałem się, że nasza awangarda będąca pod dowództwem brygadiera Józefa Wawrzeckiego i pułkownika Gorzkowskiego, została zmuszona cofnąć się do boru, po słabym oporze przeciw przeważającemu korpusowi zostającemu pod dowództwem generała Cycianowa; że główna kwatera nie opuściła swego stanowiska i że nie można było przysłać mi posiłków, ponieważ trzeba było trzymać się obronnie; a na koniec ku dopełnieniu miary nieszczęścia, oznajmiono mi, że oficer Wojciechowski, któremu poleciłem spalić most na Berezynie, kazał tylko zdjąć z niego deski i cofnął się pospiesznie wystawiając mnie na szybki pościg i napaść Moskali, których zostawiliśmy po za sobą. Nastąpiło toż to prędzej aniżeli mogłem przypuszczać. W chwili właśnie, kiedy kazałem się zatrzymać wszystkim bagażom po zjechaniu z góry pod Wiszniewem i kiedy szukałem na mapie drogi, jakby mi się trzeba puścić, nie mogąc już iść przez Boruny, znaczny oddział Kozaków wraz z pułkiem Mikołaja Zubowa przeleciał przez miasto Wiszniew w galopie, porąbał kilku mych oficerów i maruderów, którzy tam pozostali i bylibyśmy napadnięci niespodzianie, kiedy 3000 blisko ludzi z korpusu Knorringa ruszyło krokiem atakowym z działami, aby nas otoczyć. Za pierwszym znakiem alarmu rzuciłem się ku nieprzyjacielowi; lecz tylko może 20 ochotników ruszyło ze mną, ponieważ reszta kawalerii uciekła. Strzelcy moi zebrali się aby stawić jakikolwiek opór i wstrzymali na niejaki czas natarczywość kawalerii moskiewskiej. Lecz na koniec byli zmuszeni cofnąć się w krzaki, skąd nie przestawali jeszcze dawać ognia na nieprzyjaciela.*) Posunąwszy się zbyt nierozważnie naprzód, miałem kapelusz przeszyty kulami i byłbym poległ niechybnie, gdyby oficer nazwiskiem Pawłowicz nie był uchwycił konia mego za cugle i zmusił mnie do odwrotu. Straciłem w tej rozprawie wszystkie bagaże zabrane w Iwieńcu, kasę moją wynoszącą, 7,000 dukatów w złocie, wiele kosztownych, należących do mnie przedmiotów i wszystkie moje papiery. Dwunastu ludzi z kawalerii, około 20 ochotników, 25 strzelców i wszystkich ludzi z mej służby zabito. O ćwierć mili od miejsca, gdzie nas zaatakowano, odszukałem mą kawalerię, która się rozproszyła. Waleczny major Korsak, którego koń uniósł pośród szeregi nieprzyjacielskie powrócił do nas a ja przemówiwszy do żołnierzy, nastawałem na to, aby powrócić, byle zabezpieczyć przynajmniej odwrót naszych strzelców.

Rzeczywiście udało mi się też poprowadzić z sobą około 150 ludzi, lecz widzieliśmy już wszystkie bagaże otoczone od strony Wiszniewa; strzelcy moi cofnęli się w lasy a jazda nieprzyjacielska postępowała ciągle po naszych bokach, aby nas otoczyć i przeszkodzić naszemu odwrotowi. Było więc rzeczą konieczną cofnąć się po raz drugi, co uskuteczniono w dobrym porządku i bez straty ani jednego człowieka. Mieliśmy wiele trudności w znalezieniu drogi poprzecznej, która by nas była poprowadziła ku stanowisku naszej armii. Wymknąwszy się zaczepce korpusu Knorringa, byliśmy niepokojeni kilka godzin przez silne patrole korpusu Cycianowa. Na koniec po zapadnięciu nocy, udało nam się połączyć z awangardą naszej armii w Krewię. Dnia następnego rano udałem się do kwatery głównej, która była zawsze w Oszmianie. Generał Jasiński i wszyscy waleczni oficerowie jego armii, którzy się już nie spodziewali mnie obaczyć, przyjęli mnie w sposób nader przyjacielski; wyrzucali mi mą śmiałość i starali się pocieszyć mnie z powodu klęsk, jakie poniosłem. We dwadzieścia cztery godzin później spostrzegłem powracających mych strzelców w dobrym porządku, mimo trudów, jakie ponieśli przebywając lasy i drogi prawie nie do użycia. Natychmiast potem udałem się do Wilna, gdzie przyjazny sposób, w jaki byłem przyjęty przez publiczność, dał mi tylko powód do pomyślenia o nowych przedsięwzięciach.

--------------------------------------

*) Dowiedziałem się w kilka lat później od generała Benningsena, który dowodził natenczas atakiem, że dwa szwadrony kawalerii były zmuszone cofnąć się po trzy razy pod ogniem mych strzelców, którzy im zadali znaczną stratę  w ludziach i w koniach.

Link do źródła: http://dlib.bg.pwr.wroc.pl/dlibra/doccontent?id=5776&dirids=1
OCR wykonał Zbigniew Wołocznik, pisownia tłumaczenia zmodernizowania

zob. tekst odezwy Ogińskiego ogłoszonej w Iwieńcu w tłumaczeniu na j. białoruski
http://ivenec.eu/news/mikhal_kleafas_aginski_w_ivjancy/2014-03-01-45